Chodzę codziennie między ludźmi,
Widmem jednak nadal pozostaję.
Nie człowiekiem a skorupą jedynie,
Bo wszystko co żywe już krwawi.
Z czasem udaje się podleczyć rany.
Odciągają uwagę potrzeby doczesne,
Lecz trafi się chwila ciszy z sobą,
To zrywa się strupy wyjąc z bólu.
Czy lepsza byłaby może więc ucieczka?
W głuszę. W las. Na pustkowie. A dalej?
Nie potrafiłbym potem wrócić do siebie.
Bałbym się, że znów pęknę w całości.
Chcę nauczyć się żyć ponownie.
Chcę móc nabrać ludzkiej formy.
Powrócić między żywych szeregi,
Lecz wciąż nie mogę. Boli bardzo.
Nie ma niestety jeszcze eliksiru.
Nie ma żadnego tajnego składnika.
Nie ma lekarza, który scalił by znów
Porozrzucane fragmenty mojego serca.
Chodzę więc wciąż między ludźmi.
Pustym wzrokiem wodzę w około.
Czekając aż serce w samotności skona,
lub ktoś tchnie we mnie życie na nowo.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Zadziwia mnie sposób, w jaki autor oddaje swoje uczucia. Zachwyca mnie to, że potrafi oddać swoje przeżycia tekstem. Trapi mnie jednak, jakie to są uczucia i mam nadzieję, że niedługo sie wszystko zmieni. Świetny kawał roboty Stanisławie!
Prześlij komentarz