Ból niewyobrażalny zalągł się głęboko w wnętrzu moim
Tkwi tam ciągle od czasu dłuższego i spokoju mi nie daje
A że wszystko legło w gruzach pozostała tylko jedna metoda
Rozerwać sobie klatkę i wyciągnąć z niej swoje łkające serce
Że też dałem się ugodzić tak czule z uśmiechem na ustach
Prowadziłem zaślepiony własną ręką te jej krwawe szpony
Przyciskałem je sobie do piersi patrząc w ciemne oczy
Ciesząc się ciepłem szydzącego wciąż ze mnie demona.
Straciwszy własną skórę ratować muszę swoją duszę,
Zbudować przyszło mi teraz nową powłokę dla siebie,
W której skryje się z ze swoim drżącym serduszkiem,
A którą obwaruję ścianą chłodnych, pustych uśmiechów.
Ślepo błądzić będę wraz z innymi sierotami tego świata
Bojąc się wyjrzeć znów na świat, niedosięgnięci strzałą
Żyjąc z małych pociech na jakie sobie czasem pozwolimy
Kryjąc się za szeregiem zżeranych przez rdzę wciąż masek.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
True, true... Ten facet ma talent!
Prześlij komentarz