Jako dzieci bawimy się razem i każda rzecz zdaje się piękna
Każda radość jest szczera i każde serce otwarte na doznania
Szerokie uśmiechy i wzajemne chichranie jest codziennością
Błyszczą oczy wielkie na widok każdego najmniejszego cuda
Dojrzewając uczymy się od "dorosłych" tajników sztuki teatru
Przywdziewamy kolejne szaty, które pozwalają ukryć siebie,
Dołączamy do podobnych nam głosów by dzielić się rolami
Pozwalając by maski i odzienie zniekształciło nas do końca.
Nawet Piotruś będzie musiał porzucić dziecięcą niewinność
Dorosnąć by dołączyć do reszty aktorów wielkiego świata
Przybrać wyznaczone przez scenariusz życia mu miejsce
W sztuce pełnej pustych kwestii, karnawałowych uśmiechów.
Dopiero gdy samotnie ukrywamy się w zamkniętej garderobie
Zrzucamy z siebie ciążące nam szmaty by spojrzeć w lustro
Tylko by przerazić się tym, że patrzy na nas obca postać
I szybko poderwać leżące łachmany by wdziać je na nowo
Zawał serca
Ból niewyobrażalny zalągł się głęboko w wnętrzu moim
Tkwi tam ciągle od czasu dłuższego i spokoju mi nie daje
A że wszystko legło w gruzach pozostała tylko jedna metoda
Rozerwać sobie klatkę i wyciągnąć z niej swoje łkające serce
Że też dałem się ugodzić tak czule z uśmiechem na ustach
Prowadziłem zaślepiony własną ręką te jej krwawe szpony
Przyciskałem je sobie do piersi patrząc w ciemne oczy
Ciesząc się ciepłem szydzącego wciąż ze mnie demona.
Straciwszy własną skórę ratować muszę swoją duszę,
Zbudować przyszło mi teraz nową powłokę dla siebie,
W której skryje się z ze swoim drżącym serduszkiem,
A którą obwaruję ścianą chłodnych, pustych uśmiechów.
Ślepo błądzić będę wraz z innymi sierotami tego świata
Bojąc się wyjrzeć znów na świat, niedosięgnięci strzałą
Żyjąc z małych pociech na jakie sobie czasem pozwolimy
Kryjąc się za szeregiem zżeranych przez rdzę wciąż masek.
Tkwi tam ciągle od czasu dłuższego i spokoju mi nie daje
A że wszystko legło w gruzach pozostała tylko jedna metoda
Rozerwać sobie klatkę i wyciągnąć z niej swoje łkające serce
Że też dałem się ugodzić tak czule z uśmiechem na ustach
Prowadziłem zaślepiony własną ręką te jej krwawe szpony
Przyciskałem je sobie do piersi patrząc w ciemne oczy
Ciesząc się ciepłem szydzącego wciąż ze mnie demona.
Straciwszy własną skórę ratować muszę swoją duszę,
Zbudować przyszło mi teraz nową powłokę dla siebie,
W której skryje się z ze swoim drżącym serduszkiem,
A którą obwaruję ścianą chłodnych, pustych uśmiechów.
Ślepo błądzić będę wraz z innymi sierotami tego świata
Bojąc się wyjrzeć znów na świat, niedosięgnięci strzałą
Żyjąc z małych pociech na jakie sobie czasem pozwolimy
Kryjąc się za szeregiem zżeranych przez rdzę wciąż masek.
Odpowiedź
Życie jest zbyt piękne by ciągle tylko czekać,
trwać w oczekiwaniu na to co się nie stanie
Dążąc do doskonałości, która sama nas minie
ślepo odrzucamy to co dla nas najcenniejsze
Szukamy wciąż uczuć w martwym już sercu
Bo umysł łudzi nas, że jest jeszcze szansa,
że jest przecież coś lepsze niż to co mamy.
Czemu grzechem jest chęć bycia kochanym?
Nie wartym jest się nawet wysłuchania
Trzeba zacisnąć mocno własne swoje gardło
by nie wydobył się krzyk własnych uczuć
i mordowanego zbrodniarsko serca.
Gdzie jesteś transcendentny Wybawco?
Gdzie jesteś o wielki wszechmogący?
Gdzie jest moje obiecane zbawienie?
Nic tylko zebrać okruchy własnej duszy...
trwać w oczekiwaniu na to co się nie stanie
Dążąc do doskonałości, która sama nas minie
ślepo odrzucamy to co dla nas najcenniejsze
Szukamy wciąż uczuć w martwym już sercu
Bo umysł łudzi nas, że jest jeszcze szansa,
że jest przecież coś lepsze niż to co mamy.
Czemu grzechem jest chęć bycia kochanym?
Nie wartym jest się nawet wysłuchania
Trzeba zacisnąć mocno własne swoje gardło
by nie wydobył się krzyk własnych uczuć
i mordowanego zbrodniarsko serca.
Gdzie jesteś transcendentny Wybawco?
Gdzie jesteś o wielki wszechmogący?
Gdzie jest moje obiecane zbawienie?
Nic tylko zebrać okruchy własnej duszy...
Samotny
Siedzę zagubiony w odmętach umysłu
Trawi mnie gorączka własnego serca
Myślenie o tym co dla mnie stracone
Ze snu budzę się zlany potem
Bo byłaś w nim ty! Był też on...
Odbierając mi wolę i serce,
Pozostawiłaś na pastwę rozumu,
Który głupio poszukuje nadziei,
Który nęci złudnymi marzeniami,
Szukając wciąż drogi do ciebie.
Trawi mnie gorączka własnego serca
Myślenie o tym co dla mnie stracone
Ze snu budzę się zlany potem
Bo byłaś w nim ty! Był też on...
Odbierając mi wolę i serce,
Pozostawiłaś na pastwę rozumu,
Który głupio poszukuje nadziei,
Który nęci złudnymi marzeniami,
Szukając wciąż drogi do ciebie.
Wyznanie
Zadałem tobie jedno z wielkich pytań,
Tych co światem ludzkim drżą w całości,
Tych co poszukują światła w nicości,
Tych co zmuszają do własnych wyznań.
Nastała po tym dłuższa minuta niczego,
trwała z chwili na chwilę, wiek za wiekiem,
a że nigdy nie jest to wróżbą dobrego
odbiło się za nią jeszcze pustym echem
Zawahałaś się. Widziałem w twoim spojrzeniu
przerażenie, a potem zniknęłaś w oka mgnieniu.
Za róg. Do domu. Od tego złego człowieka,
który wyznał ci prawdę, co mu dolega.
Ugodzony w serce samotnie krwawię oczami.
Wędruje zagubiony. Ciemno... Zimno...
Tych co światem ludzkim drżą w całości,
Tych co poszukują światła w nicości,
Tych co zmuszają do własnych wyznań.
Nastała po tym dłuższa minuta niczego,
trwała z chwili na chwilę, wiek za wiekiem,
a że nigdy nie jest to wróżbą dobrego
odbiło się za nią jeszcze pustym echem
Zawahałaś się. Widziałem w twoim spojrzeniu
przerażenie, a potem zniknęłaś w oka mgnieniu.
Za róg. Do domu. Od tego złego człowieka,
który wyznał ci prawdę, co mu dolega.
Ugodzony w serce samotnie krwawię oczami.
Wędruje zagubiony. Ciemno... Zimno...
Lubię kiedy dziewczyna...
Lubię kiedy dziewczyna nieśmiałym spojrzeniem
wzrok mój dla siebie porywa jednym skinieniem
gdy siedząc ramię w ramię czuję ją przy sobie
jak łamie się bariera, jak pierwszy krok robie
Lubię kiedy łącząc się w miłosnym objęciu
moje imię wypowiada w wielkim przejęciu
gdy delikatne wargi muskają mnie razem
odbierając władzę zmysłów moich tymczasem
Lubię kiedy rozkoszne znajduje spełnienie
w staraniach moich serca drżenie i upojenie
gdy spędzając kolejne dnie razem wciąż mało
gdy zatopić w wieczności razem by się chciało
wzrok mój dla siebie porywa jednym skinieniem
gdy siedząc ramię w ramię czuję ją przy sobie
jak łamie się bariera, jak pierwszy krok robie
Lubię kiedy łącząc się w miłosnym objęciu
moje imię wypowiada w wielkim przejęciu
gdy delikatne wargi muskają mnie razem
odbierając władzę zmysłów moich tymczasem
Lubię kiedy rozkoszne znajduje spełnienie
w staraniach moich serca drżenie i upojenie
gdy spędzając kolejne dnie razem wciąż mało
gdy zatopić w wieczności razem by się chciało
Razem na Fajce
Kłęby dymu unoszą się na sali
woń jego z słodką nutką aromatu
Węgielek wolno nad shishą się pali
A ty zmysły moje odebrałaś światu
Patrzę na twoje oczy, na nos, na twarz
Patrzę na usta, jak zaciągasz się powoli.
Słucham melodii bąbelków, którą grasz
Moje serce znalazło sie w twojej niewoli.
Strugę dymu wypuszczonego chętnie wciągam
miały go dopiero twoje usta, twoj aromat
nie chcę go puścić. Jest mój. Nie oddam.
Rozpływam się w nim, chwila, milknie świat
Moja dłoń delikatnie twoim udem wędruje
każdy centymetr w niemym przerażeniu
wzrok mój ciągle na twój wzrok poluje
chcę zatopić się w twoim spojrzeniu
Spojrzałaś na mnie przeszywając wzrokiem
Dreszcz emocji przeszedł po całym ciele
Patrzę wciąż w oczy z zapadłym wyrokiem
Zostało mi tylko pocałować cię mój Aniele.
woń jego z słodką nutką aromatu
Węgielek wolno nad shishą się pali
A ty zmysły moje odebrałaś światu
Patrzę na twoje oczy, na nos, na twarz
Patrzę na usta, jak zaciągasz się powoli.
Słucham melodii bąbelków, którą grasz
Moje serce znalazło sie w twojej niewoli.
Strugę dymu wypuszczonego chętnie wciągam
miały go dopiero twoje usta, twoj aromat
nie chcę go puścić. Jest mój. Nie oddam.
Rozpływam się w nim, chwila, milknie świat
Moja dłoń delikatnie twoim udem wędruje
każdy centymetr w niemym przerażeniu
wzrok mój ciągle na twój wzrok poluje
chcę zatopić się w twoim spojrzeniu
Spojrzałaś na mnie przeszywając wzrokiem
Dreszcz emocji przeszedł po całym ciele
Patrzę wciąż w oczy z zapadłym wyrokiem
Zostało mi tylko pocałować cię mój Aniele.
Bezlitosna
Jej delikatna dłoń powoli oplata serce
gładzi komory swoją delikatną pieszczotą
z czasem obejmując cały zakres organu
Kończąc przyjemne zagrywki wprowadza drżenie
niepokój przeszywający całe ludzkie ciało
otępienie tłumiące zmysły, rozum i wole
Powoli zaczyna zaciskać swoje krwawe szpony
zatapiając je coraz głębiej w zdobyczy
wyciskając z niej resztki spokoju i życia
Pozostawiona sobie ofiara ma wyjść nie wiele
może czekać, i w ciszy cierpieć do końca
lub zabić się by zacząc żyć od nowa
gładzi komory swoją delikatną pieszczotą
z czasem obejmując cały zakres organu
Kończąc przyjemne zagrywki wprowadza drżenie
niepokój przeszywający całe ludzkie ciało
otępienie tłumiące zmysły, rozum i wole
Powoli zaczyna zaciskać swoje krwawe szpony
zatapiając je coraz głębiej w zdobyczy
wyciskając z niej resztki spokoju i życia
Pozostawiona sobie ofiara ma wyjść nie wiele
może czekać, i w ciszy cierpieć do końca
lub zabić się by zacząc żyć od nowa
Zatracenie
Siedzimy razem jak za dnia pierwszego
Głos twój prowadzi mnie, ja za nim płynę
We mgle uczuć zatraciłem się przez niego
Zupełnie zgubiony nie wiem co czynię
Tak już jest od kiedy cię ujrzałem
beztroska anielica na ziemskiej zorzy
Zawładnęłaś moją duszą i ciałem
A brak ciebie lament mi sporzy.
Od tego czasu mój umysł i serce
chcą być przy tobie coraz prędzej
Od tego czasu kocham cię wielce,
a nadal wiem o tobie mniej więcej.
Żyję więc teraz ciągle raz po raz
budząc się z odmętów gdy ciebie słyszę
skarbię sobie wspólnie spędzony czas
marząc że w ramionach cię ukołyszę
Głos twój prowadzi mnie, ja za nim płynę
We mgle uczuć zatraciłem się przez niego
Zupełnie zgubiony nie wiem co czynię
Tak już jest od kiedy cię ujrzałem
beztroska anielica na ziemskiej zorzy
Zawładnęłaś moją duszą i ciałem
A brak ciebie lament mi sporzy.
Od tego czasu mój umysł i serce
chcą być przy tobie coraz prędzej
Od tego czasu kocham cię wielce,
a nadal wiem o tobie mniej więcej.
Żyję więc teraz ciągle raz po raz
budząc się z odmętów gdy ciebie słyszę
skarbię sobie wspólnie spędzony czas
marząc że w ramionach cię ukołyszę
Oddanie
Brak mi jej ciepła, jej uśmiechu
brak mi jej tak bardzo!
Kocham ją całym sercem.
Płonę do niej miłością
samozniszczenia bez niej dokonam
myślami przy niej wciąż jestem
wciąż o niej myślę
Dziewczyno – jak ja cię kocham
jak myśli me ciągnie do ciebie
dla ciebie zrobię wszystko
dla ciebie zwiędnąć gotowy
o pozostać tu na wieki
powiedz mi tylko że tego chcesz
że odwiedzisz podczas stuleci.
brak mi jej tak bardzo!
Kocham ją całym sercem.
Płonę do niej miłością
samozniszczenia bez niej dokonam
myślami przy niej wciąż jestem
wciąż o niej myślę
Dziewczyno – jak ja cię kocham
jak myśli me ciągnie do ciebie
dla ciebie zrobię wszystko
dla ciebie zwiędnąć gotowy
o pozostać tu na wieki
powiedz mi tylko że tego chcesz
że odwiedzisz podczas stuleci.
Przy brzegu
Siedzimy razem patrząc na fale,
rozmawiając, nie martwiąc się wcale
kolejno słucham i mówię na zmianę
Wiedząc, że obojętny dla ciebie pozostanę
A jednak w sercu wciąż żywię nadzieję
że miłość twa uschnie, że ją przemienię
I mimo, że ja do ciebie, a ty do niego
Nie zapomnę czasu wspólnie spędzonego.
rozmawiając, nie martwiąc się wcale
kolejno słucham i mówię na zmianę
Wiedząc, że obojętny dla ciebie pozostanę
A jednak w sercu wciąż żywię nadzieję
że miłość twa uschnie, że ją przemienię
I mimo, że ja do ciebie, a ty do niego
Nie zapomnę czasu wspólnie spędzonego.
Brak
Moje serce wstaje radosne z rana
Na twój widok, twój uśmiech kochana
moje serce spokojniej bije i oddech głębszy,
że jesteś przy mnie, że widzę cię pierwszy
Gdy budzę się i ciebie nie ma
serce szaleje myślami obiema
Co z tobą? Gdzie jesteś droga?
Taka me serce zdejmuje trwoga
W końcu budzę się szlochając i płaczę
wiedząc... już cię nie zobaczę.
Na twój widok, twój uśmiech kochana
moje serce spokojniej bije i oddech głębszy,
że jesteś przy mnie, że widzę cię pierwszy
Gdy budzę się i ciebie nie ma
serce szaleje myślami obiema
Co z tobą? Gdzie jesteś droga?
Taka me serce zdejmuje trwoga
W końcu budzę się szlochając i płaczę
wiedząc... już cię nie zobaczę.
Rozczarowanie
Przygotowałem już świece
Kwiaty na stole stoją
bukiet róż teraz klecę
a wino kostki chłodne poją
Słyszę dzwonek do drzwi
szybko biegnę, otwieram
Czy spodobam się ci?
Na chwilę zamieram.
Widzę list jedynie
co przy drzwiach leży
słucham już dokładnie
czy stuk obcasa uderzy
Martwa cisza w głowie
czytam szybko, potem powoli
Serce we wczesnym grobie
bo martwe – już bez woli
Żyję teraz w martwej żałobie
myśli, uczucia wciąż przy tobie
nie zakończę co już napoczęte,
a bez serca szczęśliwy nie będę.
Kwiaty na stole stoją
bukiet róż teraz klecę
a wino kostki chłodne poją
Słyszę dzwonek do drzwi
szybko biegnę, otwieram
Czy spodobam się ci?
Na chwilę zamieram.
Widzę list jedynie
co przy drzwiach leży
słucham już dokładnie
czy stuk obcasa uderzy
Martwa cisza w głowie
czytam szybko, potem powoli
Serce we wczesnym grobie
bo martwe – już bez woli
Żyję teraz w martwej żałobie
myśli, uczucia wciąż przy tobie
nie zakończę co już napoczęte,
a bez serca szczęśliwy nie będę.
Miłość we mnie
Miłość rozdziera mi wnętrze
w szał mnie wprawia
Ja tego nie zdzierżę
znika i znów się zjawia
Serce moje mocą tysiąca dzwonów bije
A każde brzmienie ma w sobie twe imię
myśl ma szaleje w potoku wrażeń
nie odróżniam życia od marzeń
Przy tobie me łaknienia cichną, a serce gorzeje
bez ciebie... nie wiem... nie istnieje.
w szał mnie wprawia
Ja tego nie zdzierżę
znika i znów się zjawia
Serce moje mocą tysiąca dzwonów bije
A każde brzmienie ma w sobie twe imię
myśl ma szaleje w potoku wrażeń
nie odróżniam życia od marzeń
Przy tobie me łaknienia cichną, a serce gorzeje
bez ciebie... nie wiem... nie istnieje.
Cisza
Idę drogą w codziennej żałobie
każdą chwilą myślami przy tobie
wspominam wspólne czasy zza czasu
gdy moje pióro było w ustach a nie w kałamarzu
gdy siedzieliśmy razem nocami rozprawiając
o letnich spędzonych dniach wspominając
jak siedzieliśmy razem we własnym ognisku
myśląc wzajemnie o wspólnym uścisku
Jak ja żałuję, że słów tych nie wyrzekłem
ignorując je, życie stało się piekłem
Serce boli i po dziś dzień krwawi,
że wszystko to w myślach, że się nie zjawi
każdą chwilą myślami przy tobie
wspominam wspólne czasy zza czasu
gdy moje pióro było w ustach a nie w kałamarzu
gdy siedzieliśmy razem nocami rozprawiając
o letnich spędzonych dniach wspominając
jak siedzieliśmy razem we własnym ognisku
myśląc wzajemnie o wspólnym uścisku
Jak ja żałuję, że słów tych nie wyrzekłem
ignorując je, życie stało się piekłem
Serce boli i po dziś dzień krwawi,
że wszystko to w myślach, że się nie zjawi
Okno
Przygasły czerwone róże błękitu
Chmury zerwały się ze stropu
Szare opadły do stóp litu
Ciemność zajmuje miejsce wieczoru
A ja siadam przy oknie i marzę
Wspominam miejsca, ludzi, twarze
każda inna, każdą myślą darzę
patrzę na ich rysy, na ich pejzaże
Pełne są myśli, uczuć, pragnień,
skrytych rozmyślań, wzajemnych łaknień
niewyrażonych miłości i słów tak wiele
tyle sekretów w każdym ciele
Czemu wyrażać ich nie umiemy?
Czemu ulżyć sobie nie chcemy?
Czemu z płaczem się wspominamy?
A dla siebie chłodny uśmiech mamy.
Chmury zerwały się ze stropu
Szare opadły do stóp litu
Ciemność zajmuje miejsce wieczoru
A ja siadam przy oknie i marzę
Wspominam miejsca, ludzi, twarze
każda inna, każdą myślą darzę
patrzę na ich rysy, na ich pejzaże
Pełne są myśli, uczuć, pragnień,
skrytych rozmyślań, wzajemnych łaknień
niewyrażonych miłości i słów tak wiele
tyle sekretów w każdym ciele
Czemu wyrażać ich nie umiemy?
Czemu ulżyć sobie nie chcemy?
Czemu z płaczem się wspominamy?
A dla siebie chłodny uśmiech mamy.
Oto stanąłem
Stoję pośrodku
poza rzeczywistością
orbituję wokół siebie
swobodnie w nicości
nic nie istnieje
ja jestem, byłem i będę
Stoję pośrodku
z kajdanem w rękach
z kulą u nogi
skacząc w dół
i lecę w przestworza
bez miejsca, czasu i kresu
Stoję pośrodku
bezdennego oceanu
bezbrzeżnego więzienia
myśli, uczuć, marzeń
modlę się o byt
we własnej pustelni
Stoję pośrodku
niczym byt bez bytu
jak serce bez serca
jako człowiek bez twarzy
i patrzę wciąż wkoło
na innych ludzi szlak
poza rzeczywistością
orbituję wokół siebie
swobodnie w nicości
nic nie istnieje
ja jestem, byłem i będę
Stoję pośrodku
z kajdanem w rękach
z kulą u nogi
skacząc w dół
i lecę w przestworza
bez miejsca, czasu i kresu
Stoję pośrodku
bezdennego oceanu
bezbrzeżnego więzienia
myśli, uczuć, marzeń
modlę się o byt
we własnej pustelni
Stoję pośrodku
niczym byt bez bytu
jak serce bez serca
jako człowiek bez twarzy
i patrzę wciąż wkoło
na innych ludzi szlak
Bieg
Biegnę przed siebie. Biegnę co nie miara.
W pogoni wciąż za mną dawna wiara.
Na co mi ona? Nie dogonisz mnie staruchu!
Mnie co jestem młody w duchu!
I bez barier na sercu wciąż tylko przed siebie
z uśmiechem na ustach pędzę od ciebie.
Oh! Potknąłem się. To błahostka.
Nic mi nie jest. Ta drobnostka
wnet się zagoi i będzie po sprawie
serce wciąż bije, i kość dalej w stawie
z uśmiechem na ustach, z kopyta przed siebie
Odzyskać muszę twarz w śmiertelnym niebie.
Znów upadek! Twarz mi się łamię!
Rwący ból w piersi. Nie. Nie powstanę
Kto jest za mną? Kto mi rękę poda?
Zlituj się pan! Przecież mnie szkoda.
Nic. Tylko stuk butów pędzących wprzód.
Nikt nie zauważy. Zniknął mój chód.
W pogoni wciąż za mną dawna wiara.
Na co mi ona? Nie dogonisz mnie staruchu!
Mnie co jestem młody w duchu!
I bez barier na sercu wciąż tylko przed siebie
z uśmiechem na ustach pędzę od ciebie.
Oh! Potknąłem się. To błahostka.
Nic mi nie jest. Ta drobnostka
wnet się zagoi i będzie po sprawie
serce wciąż bije, i kość dalej w stawie
z uśmiechem na ustach, z kopyta przed siebie
Odzyskać muszę twarz w śmiertelnym niebie.
Znów upadek! Twarz mi się łamię!
Rwący ból w piersi. Nie. Nie powstanę
Kto jest za mną? Kto mi rękę poda?
Zlituj się pan! Przecież mnie szkoda.
Nic. Tylko stuk butów pędzących wprzód.
Nikt nie zauważy. Zniknął mój chód.
Tramwaj
Najpierw na papierze, potem w bólach fabryki
rodzi się kolejny twór techniki
wpierw jest tworzony, następnie sprawdzony,
aż w końcu na tory zostaje wypuszczony.
Sunie tramwaj po torach, sunie przed siebie
od przystanku do przystanku powoli jedzie
ślepo trzymając się torów, swym szlakiem płynie
prąc wciąż w przód szyna po szynie
Po dotarciu do celu znowu zawraca
nieustannie tą samą dróżką chadza
bez ostatecznego końca pętlą się wije
wciąż przed siebie aż rdza go przegnije
Na koniec swój umiera na złomie
Mało kto pamięta o jego zgonie
pomimo tak wielu spotkań w podróży
nikt nie pamięta, gdy już się wysłuży.
rodzi się kolejny twór techniki
wpierw jest tworzony, następnie sprawdzony,
aż w końcu na tory zostaje wypuszczony.
Sunie tramwaj po torach, sunie przed siebie
od przystanku do przystanku powoli jedzie
ślepo trzymając się torów, swym szlakiem płynie
prąc wciąż w przód szyna po szynie
Po dotarciu do celu znowu zawraca
nieustannie tą samą dróżką chadza
bez ostatecznego końca pętlą się wije
wciąż przed siebie aż rdza go przegnije
Na koniec swój umiera na złomie
Mało kto pamięta o jego zgonie
pomimo tak wielu spotkań w podróży
nikt nie pamięta, gdy już się wysłuży.
Wieża
Stoi nade mną wieża z dawna zbudowana,
A każda cegła własną ma historię,
Każda strona swoją skazą nacechowana,
Każdy budowniczy własną miał teorię.
Wielki ma ona mur. Niezniszczalny!
Stoi od wieków i rośnie z pokoleniami,
Składa się na niego nietypowy materiał skalny,
Cegłami są myśl ludzka, mowa z marzeniami.
Patrzę w niebiosa końca nie znając,
Nigdzie nie widać zbytecznej dziury,
Śledzę wzrokiem szczytu szukając,
Błędnym kołem wpadam w chmury.
Wielu chciało ją zburzyć dla świata,
palić, kruszyć, z armat strzelano,
nie dało się, stoi przez lata,
choć cegłę za cegłą siłą trzaskano.
Wyjąwszy cegłę nowa wpada na jej oblicze,
Nie ta sama lecz podobnie złożona,
Niewidzialna moc trzyma nad nią pieczę,
Istnieje. Jest. Po wieki tworzona.
A każda cegła własną ma historię,
Każda strona swoją skazą nacechowana,
Każdy budowniczy własną miał teorię.
Wielki ma ona mur. Niezniszczalny!
Stoi od wieków i rośnie z pokoleniami,
Składa się na niego nietypowy materiał skalny,
Cegłami są myśl ludzka, mowa z marzeniami.
Patrzę w niebiosa końca nie znając,
Nigdzie nie widać zbytecznej dziury,
Śledzę wzrokiem szczytu szukając,
Błędnym kołem wpadam w chmury.
Wielu chciało ją zburzyć dla świata,
palić, kruszyć, z armat strzelano,
nie dało się, stoi przez lata,
choć cegłę za cegłą siłą trzaskano.
Wyjąwszy cegłę nowa wpada na jej oblicze,
Nie ta sama lecz podobnie złożona,
Niewidzialna moc trzyma nad nią pieczę,
Istnieje. Jest. Po wieki tworzona.
Morte
Śmierci! Życia nie ubłagany losie,
Czemu gdy tylko pojawi się kto uczciwy w twym kłosie,
Stawiasz go w pierwszym rzędzie do żniwa.
Śmierci! Jesteś nieuczciwa!
Czemu nie bierzesz równych sobie?
Czemu zostawiasz nas w ciągłej żałobie?
Czemu sieroty zostawiasz bez ojca?
Czemu męczysz ludzkość bez końca?
Czemu? Czemu? Odpowiedz proszę,
Śmierci. Życia tego nie znoszę.
Czemu gdy tylko pojawi się kto uczciwy w twym kłosie,
Stawiasz go w pierwszym rzędzie do żniwa.
Śmierci! Jesteś nieuczciwa!
Czemu nie bierzesz równych sobie?
Czemu zostawiasz nas w ciągłej żałobie?
Czemu sieroty zostawiasz bez ojca?
Czemu męczysz ludzkość bez końca?
Czemu? Czemu? Odpowiedz proszę,
Śmierci. Życia tego nie znoszę.
Zdjęcie Życia
Nagle zapadła cisza,
Słyszę tykanie zegara,
Świat stał się jak klisza,
Nieruchomy, cichy, obiektów chmara
Za oknem stoją płatki zieleni
Chmury na niebie ustały w podróży,
Kwiatek na łące najwyższym się mieni,
A mrówka mu swą pracą służy.
Słyszę tykanie zegara,
Świat stał się jak klisza,
Nieruchomy, cichy, obiektów chmara
Za oknem stoją płatki zieleni
Chmury na niebie ustały w podróży,
Kwiatek na łące najwyższym się mieni,
A mrówka mu swą pracą służy.
Koniec Końcem
Stoję, patrzę w lewo, w prawo,
Widzę jak przez mgłę, niemrawo
Wnet przez smugę przebija się światło
Anielskie, dobre, przesącza mnie łatwo
Następnie z mgły wyłania się koścista ręka
Zła, niedobra, jedyne co wyraża to udręka.
Stoję pośród życia, dobra i zła,
Jaki padnie wybór, tego nie wiem nawet ja.
Widzę jak przez mgłę, niemrawo
Wnet przez smugę przebija się światło
Anielskie, dobre, przesącza mnie łatwo
Następnie z mgły wyłania się koścista ręka
Zła, niedobra, jedyne co wyraża to udręka.
Stoję pośród życia, dobra i zła,
Jaki padnie wybór, tego nie wiem nawet ja.
Pamięć/Świat/Ja
Błogość błękitna wkoło otacza mnie,
Lazurowa pustka, otchłań zewsząd,
Brak hałasu, ciszy, istny nierząd,
Głosik obcy tu? Idę wprzód, przed siebie.
Zamykam oczy, patrzę na ciebie,
Biel spowija blade ciało, oczy skąd,
Patrzy głębia nieznajoma dotąd,
Nieziemski - stoisz twardo na glebie.
Otworzyłem oczy - świat ujrzałem - cóż,
Chłodny, bezbarwny, strach, ból są rojne,
Brakuje tu czegoś, znałem to już.
Co noc pełna garść - zasnąć spokojnie,
Wracam do błękitu bezładnych mórz,
Brnę, brnę w niepamięć dobrowolnie.
Lazurowa pustka, otchłań zewsząd,
Brak hałasu, ciszy, istny nierząd,
Głosik obcy tu? Idę wprzód, przed siebie.
Zamykam oczy, patrzę na ciebie,
Biel spowija blade ciało, oczy skąd,
Patrzy głębia nieznajoma dotąd,
Nieziemski - stoisz twardo na glebie.
Otworzyłem oczy - świat ujrzałem - cóż,
Chłodny, bezbarwny, strach, ból są rojne,
Brakuje tu czegoś, znałem to już.
Co noc pełna garść - zasnąć spokojnie,
Wracam do błękitu bezładnych mórz,
Brnę, brnę w niepamięć dobrowolnie.
Przewrót
Mocy nie mam – moc mi odebrano,
Prawem ludzkim mnie ludzie skazali,
Prawem swoim, innego nie znali,
Nie życie lecz fałsz zapamiętano.
Pobito mnie, w niczym słuchano,
oskarżenia błahe wnet rzucali,
coraz głębiej za życia grzebali,
zrzucić do piekieł, w otchłań chciano.
Przyjaciół ludzkich za życia miałem,
Byłem z nimi – bawiono, brano,
Oferowali często, sam brałem.
Po śmierci jedynie wieniec mi dano,
bym nie zachłysnął się braci żalem,
Chwila, o grobie już zapomniano.
Prawem ludzkim mnie ludzie skazali,
Prawem swoim, innego nie znali,
Nie życie lecz fałsz zapamiętano.
Pobito mnie, w niczym słuchano,
oskarżenia błahe wnet rzucali,
coraz głębiej za życia grzebali,
zrzucić do piekieł, w otchłań chciano.
Przyjaciół ludzkich za życia miałem,
Byłem z nimi – bawiono, brano,
Oferowali często, sam brałem.
Po śmierci jedynie wieniec mi dano,
bym nie zachłysnął się braci żalem,
Chwila, o grobie już zapomniano.
Ból
Otacza nas, pieści, przenika,
Głęboki, lecz czasem spłycony,
Rozłazi się nie wychwycony,
Mimo cierpień, się nie unika.
Płasko lub wewnątrz pęcherzyka,
Obręb zazwyczaj rumieniony,
Kształtny, kolisto zakończony,
Zanika gdy się go dotyka.
Czasem piecze, a czasem pali,
Wnika, kłuje zapamiętale,
Nie ma tak by jego nie znali.
Częścią nas dotyka nas trwale,
Miłuj go w sobie, on trwa li,
Do końca wieków w zapale.
Głęboki, lecz czasem spłycony,
Rozłazi się nie wychwycony,
Mimo cierpień, się nie unika.
Płasko lub wewnątrz pęcherzyka,
Obręb zazwyczaj rumieniony,
Kształtny, kolisto zakończony,
Zanika gdy się go dotyka.
Czasem piecze, a czasem pali,
Wnika, kłuje zapamiętale,
Nie ma tak by jego nie znali.
Częścią nas dotyka nas trwale,
Miłuj go w sobie, on trwa li,
Do końca wieków w zapale.
Samo-lot
Podchodzi do okna, otwiera je szeroko,
Uśmiecha się, słyszy ćwierkanie ptaków,
Delikatnie zbiera ciepło słońca płatów,
Wychyla się i patrzy - jakże tu wysoko!
Zaczyna szybować - wiatr bije mu w oko,
zaraz poczuje na policzku płatki kwiatów,
Już prawie, zderzenie się dwóch światów,
Myśl ostatnia stoi - na zawsze głęboko,
Nastąpiła cisza - świat stanął w posadach,
lżej człowiekowi, zrzucił swe oblicze,
na takich nasze życie toczy się zasadach.
Czy jego diabelskie będą smagać bicze?
Czy zasiądzie u wiekuistego na obradach?
Tego będąc w ludzkiej skórze nie doliczę.
Uśmiecha się, słyszy ćwierkanie ptaków,
Delikatnie zbiera ciepło słońca płatów,
Wychyla się i patrzy - jakże tu wysoko!
Zaczyna szybować - wiatr bije mu w oko,
zaraz poczuje na policzku płatki kwiatów,
Już prawie, zderzenie się dwóch światów,
Myśl ostatnia stoi - na zawsze głęboko,
Nastąpiła cisza - świat stanął w posadach,
lżej człowiekowi, zrzucił swe oblicze,
na takich nasze życie toczy się zasadach.
Czy jego diabelskie będą smagać bicze?
Czy zasiądzie u wiekuistego na obradach?
Tego będąc w ludzkiej skórze nie doliczę.
Poranek Natury
Biel poranka wpada wcześnie z rana,
Przez szybę do pokoju ze mną,
W zaduchu czuję własność wiosenną,
Strumień pada, szarość jest odbierana.
Podchodzę do okna - szyba, ciepła ściana,
Otwieram - zieleń i błękit przede mną,
Słyszę w bezruchu i czuję życia pełną,
Melodię ptaków - chyba przez Boga układana.
W las, na łąkę, nad jezioro,
Piękno nieludzkie najpiękniejsze,
Muszę się wybrać - miejsc sporo.
Niech na góry jeszcze wejrzę,
Poznać od nowa trzeba skoro,
Dziś dla człowieka to nietutejsze.
Przez szybę do pokoju ze mną,
W zaduchu czuję własność wiosenną,
Strumień pada, szarość jest odbierana.
Podchodzę do okna - szyba, ciepła ściana,
Otwieram - zieleń i błękit przede mną,
Słyszę w bezruchu i czuję życia pełną,
Melodię ptaków - chyba przez Boga układana.
W las, na łąkę, nad jezioro,
Piękno nieludzkie najpiękniejsze,
Muszę się wybrać - miejsc sporo.
Niech na góry jeszcze wejrzę,
Poznać od nowa trzeba skoro,
Dziś dla człowieka to nietutejsze.
Tchnienie życia
Stanął przy mnie - uwagi chętny,
Robił miny, ciągle się wygłupiał,
Spojrzałem na niego - wnet osłupiał,
Przysiadł przy mnie - wyraz mętny.
Zaczęliśmy rozmowę - kontakt sekretny,
Znalazł to czego szukał - spochmurniał,
stracił swój cel - motywacje którą miał,
tak to jest - tor życia błędny.
Myśl świta mi wnet w głowie,
nie własna, zda się dziś nie pasować,
dziwię się myśli – dziwię się sobie,
Język rozplątuje – zaczyna koła rysować,
mymi ustami “Odprowadzę cię” powie,
Zacząłem Boga i ludzkość poznawać
Robił miny, ciągle się wygłupiał,
Spojrzałem na niego - wnet osłupiał,
Przysiadł przy mnie - wyraz mętny.
Zaczęliśmy rozmowę - kontakt sekretny,
Znalazł to czego szukał - spochmurniał,
stracił swój cel - motywacje którą miał,
tak to jest - tor życia błędny.
Myśl świta mi wnet w głowie,
nie własna, zda się dziś nie pasować,
dziwię się myśli – dziwię się sobie,
Język rozplątuje – zaczyna koła rysować,
mymi ustami “Odprowadzę cię” powie,
Zacząłem Boga i ludzkość poznawać
Ostatni dech
Burza! - strzeliły drzwi, trzasnęły szyby,
Drzewo wiatru rzęchem się śmieje,
groźnie spogląda - bardziej się chwieje,
trzasnął piorun, lud trzyma się za łby.
cóż? Wiatr ustał, a może, gdyby?
Drzwi puściły - wdepnąłem w breje,
słucham - nic się nie dzieje,
Bóg zatrzasnął dyby!
Cisza się skończyła - wiatr się zerwał,
niebo się błyszczy, spada na mnie kat,
cisza zapadła, krzyk ją przerwał.
Ostatnia myśl - odbierasz mi świat!,
niewidoczny! - od ziemi żeś mnie oderwał,
A planowałem jeszcze tyle lat!
Drzewo wiatru rzęchem się śmieje,
groźnie spogląda - bardziej się chwieje,
trzasnął piorun, lud trzyma się za łby.
cóż? Wiatr ustał, a może, gdyby?
Drzwi puściły - wdepnąłem w breje,
słucham - nic się nie dzieje,
Bóg zatrzasnął dyby!
Cisza się skończyła - wiatr się zerwał,
niebo się błyszczy, spada na mnie kat,
cisza zapadła, krzyk ją przerwał.
Ostatnia myśl - odbierasz mi świat!,
niewidoczny! - od ziemi żeś mnie oderwał,
A planowałem jeszcze tyle lat!
Myśl
Siedzę cicho - mowa drugiego człowieka,
Gwara wkoło, a w głowie cisza,
Pustka niczym nienaświetlona klisza,
Myśl daleko za mną zwleka.
Wędruje do domu gdzie druga myśl czeka,
Cukrzy się moja dusza,
Myśl błoga człowieka rusza,
Myśl na myśl się nawleka.
Myśli spokojne czujność usypiają,
Codziennie człowiek tylko dobę wspomni,
Na spokojne życie pozwalają.
Przez nie człowiek o życiu zapomni,
Ludzie zbyt często o marzeniach wspominają.
Działajcie! Działajcie! Nie bądźcie ułomni!
Gwara wkoło, a w głowie cisza,
Pustka niczym nienaświetlona klisza,
Myśl daleko za mną zwleka.
Wędruje do domu gdzie druga myśl czeka,
Cukrzy się moja dusza,
Myśl błoga człowieka rusza,
Myśl na myśl się nawleka.
Myśli spokojne czujność usypiają,
Codziennie człowiek tylko dobę wspomni,
Na spokojne życie pozwalają.
Przez nie człowiek o życiu zapomni,
Ludzie zbyt często o marzeniach wspominają.
Działajcie! Działajcie! Nie bądźcie ułomni!
Leśna gwara
Niebo przybrało nocny ubiór,
W lesie śpiewem ozwały się kruki,
Orkiestra przystąpiła do sztuki,
Powtarzając co nocny wzór.
Cóż? Nagle ucichł chór,
Idzie coś między drzewa luki,
Zagubione rzuca się - nagłe huki,
Padła postać - niczym wór.
Przybliża się człowiek - odchodzi
Wnet, wilcze słychać wycie,
Cisza zapadła wśród leśnej młodzi.
Śmiercią ozwało się człowieka bycie,
Czemu tu też człowiek serce chłodzi,
Czemu człowiek pasożytem na cudze życie?
W lesie śpiewem ozwały się kruki,
Orkiestra przystąpiła do sztuki,
Powtarzając co nocny wzór.
Cóż? Nagle ucichł chór,
Idzie coś między drzewa luki,
Zagubione rzuca się - nagłe huki,
Padła postać - niczym wór.
Przybliża się człowiek - odchodzi
Wnet, wilcze słychać wycie,
Cisza zapadła wśród leśnej młodzi.
Śmiercią ozwało się człowieka bycie,
Czemu tu też człowiek serce chłodzi,
Czemu człowiek pasożytem na cudze życie?
Szara alejka ludzkości
Idzie spokojnie wzdłuż ciemnej alei,
Księżyc widać na niebie, gwiazdy błyszczące,
Wiatr brzmi w mieście, dźwięki świszczące,
człowiek człowiekowi świadkiem dzieji.
Zza rogu ręka wylatuje – człek pada do brei,
Pięść, nóż, noga – blizny karzące,
Oczy otworzył – ślepia proszące,
Zostawili – człowiek przeszedł – nie ma nadziei.
Jeden drugiego człowieka znosi,
Mieszka, pracuje, do celu jedzie,
Nie słuchając jego próśb, jęków gdy prosi.
Kiedy człowiek człowiekowi bratem będzie?
Kiedy odpocznie ten co miłość głosi?
Kiedy ludzkość zatrzyma – i gdzie?
Księżyc widać na niebie, gwiazdy błyszczące,
Wiatr brzmi w mieście, dźwięki świszczące,
człowiek człowiekowi świadkiem dzieji.
Zza rogu ręka wylatuje – człek pada do brei,
Pięść, nóż, noga – blizny karzące,
Oczy otworzył – ślepia proszące,
Zostawili – człowiek przeszedł – nie ma nadziei.
Jeden drugiego człowieka znosi,
Mieszka, pracuje, do celu jedzie,
Nie słuchając jego próśb, jęków gdy prosi.
Kiedy człowiek człowiekowi bratem będzie?
Kiedy odpocznie ten co miłość głosi?
Kiedy ludzkość zatrzyma – i gdzie?
Tajemnica Nieba
Kędy tu - będąc w Warszawie,
Patrzę - czerwień stojąca,
Podziwiam - myśl znacząca,
Pomarańcza w kosmicznym stawie,
Niczym sen na jawie,
Potęga błyszcząca,
Światłem brzmiąca,
Dąży z rana ku murawie,
Rękę wyciągnąć - dotknąć tajemnicy,
Zobaczyć darzyciela życia,
Nie dane mi - wciąż stoję na ulicy,
Siedzę więc - niezadowolony z bycia,
Chcę poznać - dość mi ludzkiej nerwicy,
Zobaczę Boga! Wyrwę się z poszycia.
Patrzę - czerwień stojąca,
Podziwiam - myśl znacząca,
Pomarańcza w kosmicznym stawie,
Niczym sen na jawie,
Potęga błyszcząca,
Światłem brzmiąca,
Dąży z rana ku murawie,
Rękę wyciągnąć - dotknąć tajemnicy,
Zobaczyć darzyciela życia,
Nie dane mi - wciąż stoję na ulicy,
Siedzę więc - niezadowolony z bycia,
Chcę poznać - dość mi ludzkiej nerwicy,
Zobaczę Boga! Wyrwę się z poszycia.
Sen
Biel i błękit otaczają mnie zewsząd,
Gdzie ja jestem, cóż się dzieje,
Wiatr jakiś porywczy wieje,
Kto TY jesteś - skąd? skąd!
Biel w zieleń się zmienia - znów pode mną ląd,
Palma zielona, wzrosła się chwieje,
A przede mną woda pienieje,
Ach jak przyjemnie - nie odejdę już stąd.
Cóż mnie łaskocze - co mnie porusza?
A skąd tu znowu ludzi tyle?
Idź stąd psie - znowu nagła susza!
Człowiek samotny - ziarenko w pyle
Myśl o człowieku człowieka nie rusza
Pozostawiony - żyje w sennej mogile.
Gdzie ja jestem, cóż się dzieje,
Wiatr jakiś porywczy wieje,
Kto TY jesteś - skąd? skąd!
Biel w zieleń się zmienia - znów pode mną ląd,
Palma zielona, wzrosła się chwieje,
A przede mną woda pienieje,
Ach jak przyjemnie - nie odejdę już stąd.
Cóż mnie łaskocze - co mnie porusza?
A skąd tu znowu ludzi tyle?
Idź stąd psie - znowu nagła susza!
Człowiek samotny - ziarenko w pyle
Myśl o człowieku człowieka nie rusza
Pozostawiony - żyje w sennej mogile.
Czasoprzestrzeń
Położyłem się i spojrzałem w górę
Blask płynie wskroś morza niebieskiego
Ciepło przyjemne otacza mnie całego
Oparłem się na łopatkach i patrzę w chmurę
Drążę oczyma chcąc przebić dziurę,
Chcąc dotknąć tajemnicy prastarego,
Szukam, lecz nie odnajduję utraconego,
Czasu, miejsca, celu - mą bzdurę!
Czas! Nieustannie Kronos przesuwa wskazówkę zegara
Nie zdając sobie sprawy z innych niewygody
Ziarnko na ziarenku spoczywa - a za nim ziarenek chmara
Czemu siedzimy tak często nie czerpiąc swobody
Dogoni nas kiedyś straconego mara
I dopiero wtedy pomyślimy - Młody!
Blask płynie wskroś morza niebieskiego
Ciepło przyjemne otacza mnie całego
Oparłem się na łopatkach i patrzę w chmurę
Drążę oczyma chcąc przebić dziurę,
Chcąc dotknąć tajemnicy prastarego,
Szukam, lecz nie odnajduję utraconego,
Czasu, miejsca, celu - mą bzdurę!
Czas! Nieustannie Kronos przesuwa wskazówkę zegara
Nie zdając sobie sprawy z innych niewygody
Ziarnko na ziarenku spoczywa - a za nim ziarenek chmara
Czemu siedzimy tak często nie czerpiąc swobody
Dogoni nas kiedyś straconego mara
I dopiero wtedy pomyślimy - Młody!
Grobowiec Pamięci
Tam na wzgórzu stoi grobowiec - krwawy.
Któż o nim pamięta, kto o nim nie zapomniał,
żadnej tam iskry nie ma, nikt o nim nie wspomniał.
On przecież walczył dla Warszawy.
Istnieje jednak zakątek sławy
O nim? - nie - o sprawie przypomniał,
Historyk - lekcje nią przeciągał,
Lecz coś jest dla umarłej zjawy.
W którymś domu na szarej alei,
Matka opowiada córce o swoim dziadku,
Płacze córeczka - jest trochę nadziei.
Lecz winno być więcej zniczy na jego spadku,
Tego co dla nas walczył o wolność dzieji.
- Wartości! - Życia co walczyły dla światku.
Któż o nim pamięta, kto o nim nie zapomniał,
żadnej tam iskry nie ma, nikt o nim nie wspomniał.
On przecież walczył dla Warszawy.
Istnieje jednak zakątek sławy
O nim? - nie - o sprawie przypomniał,
Historyk - lekcje nią przeciągał,
Lecz coś jest dla umarłej zjawy.
W którymś domu na szarej alei,
Matka opowiada córce o swoim dziadku,
Płacze córeczka - jest trochę nadziei.
Lecz winno być więcej zniczy na jego spadku,
Tego co dla nas walczył o wolność dzieji.
- Wartości! - Życia co walczyły dla światku.
Cień Życia
Szare blokowiska, szare aleje,
Bez ciepła domy, bez cienia chmury,
Bezlistne drzewa, puste drogi, dziury,
Płatek śniegu na ziemi szarzeje,
Szare płoty, szare liście, szary wiatr wieje,
Wielki jest nasz światek bury,
Lecz jest jedna rzecz która nie ma żury,
Jedna rzecz na świecie nie poszarzeje,
Stańże przy dziecku i spójrz mu w oczęta,
Wiele nauczyć się możesz od małego,
Dziecka świat – kraina zaklęta.
Mały radować się może mimo złego,
ucz się ludzkości bo będziesz przeklęta,
miłości i ciepła od dziecięcia twego.
Bez ciepła domy, bez cienia chmury,
Bezlistne drzewa, puste drogi, dziury,
Płatek śniegu na ziemi szarzeje,
Szare płoty, szare liście, szary wiatr wieje,
Wielki jest nasz światek bury,
Lecz jest jedna rzecz która nie ma żury,
Jedna rzecz na świecie nie poszarzeje,
Stańże przy dziecku i spójrz mu w oczęta,
Wiele nauczyć się możesz od małego,
Dziecka świat – kraina zaklęta.
Mały radować się może mimo złego,
ucz się ludzkości bo będziesz przeklęta,
miłości i ciepła od dziecięcia twego.
Rodzinka
Stoi na maszcie - tęskni do kochanki,
Myślami błąka się od ślubu przez dni
Spędzone razem - o niej myśli,
O niej pamięta - tchnienie wybranki.
Siedzi na łóżku i śpiewa kołysanki,
Patrzy na maleństwo które obok śpi,
Płomyk na świecy lekko się tli,
Dziecię kołysząc się liczy baranki,
On o niej - a ona o dziecięciu,
A dziecko o kim - Bóg wie
- Obudzą się rano - zapomną o spięciu
Rzucą się znowu w ramiona sobie,
Znowu śluby ich ulegną domknięciu,
A co na to dziecię, co Bóg powie?
Myślami błąka się od ślubu przez dni
Spędzone razem - o niej myśli,
O niej pamięta - tchnienie wybranki.
Siedzi na łóżku i śpiewa kołysanki,
Patrzy na maleństwo które obok śpi,
Płomyk na świecy lekko się tli,
Dziecię kołysząc się liczy baranki,
On o niej - a ona o dziecięciu,
A dziecko o kim - Bóg wie
- Obudzą się rano - zapomną o spięciu
Rzucą się znowu w ramiona sobie,
Znowu śluby ich ulegną domknięciu,
A co na to dziecię, co Bóg powie?
Shyness
I sit alone amid a crowd
eternal silence my faithful shroud
seldomly noticed, ever seen
I sit alone, a lonely being
I look around with profound dread
saying things that are not said
I dare not leave my silent shell
I live with praise in my own hell.
Afraid to break the ice I've made
Clinging on to my own shade
I sit alone admid a crowd
eternal silence my faithful shroud.
eternal silence my faithful shroud
seldomly noticed, ever seen
I sit alone, a lonely being
I look around with profound dread
saying things that are not said
I dare not leave my silent shell
I live with praise in my own hell.
Afraid to break the ice I've made
Clinging on to my own shade
I sit alone admid a crowd
eternal silence my faithful shroud.
Facing Beauty
At first she smiles, she looks and talks
She is very friendly, she goes for walks,
She says hello, thank you, goodbye,
She even blushes, laughs, pretends to be shy.
You take a step closer, reveal your heart,
she looks at it coldly, ignores your kind art,
driving a stilhetto ever deeper in between,
then turns away having picked your heart clean.
Crushed, unable to think you stagger,
wandering in your mind, a beaten beggar,
you slump against the wall and wonder
Was it vanity or love that tore you asunder?
She is very friendly, she goes for walks,
She says hello, thank you, goodbye,
She even blushes, laughs, pretends to be shy.
You take a step closer, reveal your heart,
she looks at it coldly, ignores your kind art,
driving a stilhetto ever deeper in between,
then turns away having picked your heart clean.
Crushed, unable to think you stagger,
wandering in your mind, a beaten beggar,
you slump against the wall and wonder
Was it vanity or love that tore you asunder?
Natural Insomnia
Afraid to open at least one eye
so as not to see another day go by
And so as long as possible he lay in bed
hoping to sleep, his consciousness to shed
fighting off thought, staying his mind
Playing into oblivion, slowly going blind.
so as not to see another day go by
And so as long as possible he lay in bed
hoping to sleep, his consciousness to shed
fighting off thought, staying his mind
Playing into oblivion, slowly going blind.
Eternity
A tired sun rose above the sands
time flows like grains through it's hands
flying alone through it's eternity
all else perished, ceased to be
No more trees, bushes or grass
And yet unable to break it's path
It drained all others scorchin in wrath
stopping all things before they become
it journeys onwards – a merciless one.
time flows like grains through it's hands
flying alone through it's eternity
all else perished, ceased to be
No more trees, bushes or grass
And yet unable to break it's path
It drained all others scorchin in wrath
stopping all things before they become
it journeys onwards – a merciless one.
In the flow
I stand. A stone amidst the tide
I will not break! I turn aside.
Cast off! Flow freely in the swell
till one day a hollow shell
another rock then hit will I
and shatter, cease, run dry.
I will not break! I turn aside.
Cast off! Flow freely in the swell
till one day a hollow shell
another rock then hit will I
and shatter, cease, run dry.
Emotions
We sit next to each other
afraid of looking eye to eye
We have feelings for one another
reveal them? We'd rather die.
We explored Space.
We conquered Oceans.
We insult others in the face
and yet we fear emotions.
afraid of looking eye to eye
We have feelings for one another
reveal them? We'd rather die.
We explored Space.
We conquered Oceans.
We insult others in the face
and yet we fear emotions.
Tool
I gaze upon the morning pool
knowing not what must be said
always praying for my bread
clinging on to my own drool
I sit forever on my stool
looking not what lies ahead
grinning, saying I'm not dead
fate smiles at it's fool
Knowing what he has not done
He neither loved nor cherished
is not guilty of either one
Alone his heart has perished
As a sight for those to come
kept alive and nourished
knowing not what must be said
always praying for my bread
clinging on to my own drool
I sit forever on my stool
looking not what lies ahead
grinning, saying I'm not dead
fate smiles at it's fool
Knowing what he has not done
He neither loved nor cherished
is not guilty of either one
Alone his heart has perished
As a sight for those to come
kept alive and nourished
Shadow
A shadow on the morning sky
I rose – it passed me by
it went to find another soul
to set someone a wicked goal
yet one day come back it will
searching for one it missed still
What excuse will then have I?
I have not cherished, loved. I die.
I rose – it passed me by
it went to find another soul
to set someone a wicked goal
yet one day come back it will
searching for one it missed still
What excuse will then have I?
I have not cherished, loved. I die.
The Flash
Right before you are dead,
even if you are about to take a bullet in
your head,
your life flashes before your eyes, from
your beginning to your demise.
You go again through your life,
your school days, your job, your wife,
and at the end of this journey,
you get to meet your attorney,
and then the judge desides whether
you've been good or bad,
do you deserve to be happy or sad.
even if you are about to take a bullet in
your head,
your life flashes before your eyes, from
your beginning to your demise.
You go again through your life,
your school days, your job, your wife,
and at the end of this journey,
you get to meet your attorney,
and then the judge desides whether
you've been good or bad,
do you deserve to be happy or sad.
Umbrella
Today I got hit on the head
and I thought I was dead.
From then on I realised how much life means,
that it's a lot more than it seems,
that we should care for it and use it as much as we can
during our short lifespan.
I realised that being hit by an umbrella
made me a much better fella.
I became a lot better for other human beings,
even for the maid which cleans.
Life is something we have to learn to cherish,
if not then we will perish
and I thought I was dead.
From then on I realised how much life means,
that it's a lot more than it seems,
that we should care for it and use it as much as we can
during our short lifespan.
I realised that being hit by an umbrella
made me a much better fella.
I became a lot better for other human beings,
even for the maid which cleans.
Life is something we have to learn to cherish,
if not then we will perish
Eye to Eye
And thus I saw the face of God,
as it crowned the sky with it's majesty,
his watchful eye ever looking into oblivion,
seeing past place and time into eternity.
His brow wrinkled by shroud and grief,
allknowing – timeless – endless,
and then the clouds moved apart,
and with a sigh tore asunder,
grieving for man. I look at the allknowing,
I slump, sit down and wonder.
as it crowned the sky with it's majesty,
his watchful eye ever looking into oblivion,
seeing past place and time into eternity.
His brow wrinkled by shroud and grief,
allknowing – timeless – endless,
and then the clouds moved apart,
and with a sigh tore asunder,
grieving for man. I look at the allknowing,
I slump, sit down and wonder.
Heartbeat
I look at her eyes, her lips, her face
and then her smile, I meet her gaze
My heart soars and my mind flutters
I speak and my mouth only mutters
So many feelings, thoughts. I blush
She speaks – I go into a hush.
She asked for the time and she was gone
My heart is crushed and still life goes on.
and then her smile, I meet her gaze
My heart soars and my mind flutters
I speak and my mouth only mutters
So many feelings, thoughts. I blush
She speaks – I go into a hush.
She asked for the time and she was gone
My heart is crushed and still life goes on.
Subskrybuj:
Posty (Atom)